Mam firmę i od siedmiu lat zatrudniam ludzi na umowy, na które sam bym się nie zgodził.
Mała firma, usługi wykończeniowe. Jest nas dziewięciu. Dwóch na umowę o pracę — ja i brygadzista, który jest ze mną od początku. Siedmiu na zlecenia i dzieło, przy czym przy trzech z nich ta umowa o dzieło jest naciągana i wiem o tym.
Jak to wyglądało w mojej głowie, kiedy zaczynałem: miało być tymczasowo. Pierwsze dwa lata były o przetrwaniu, naprawdę. W 2019 miałem trzydzieści tysięcy zaległości u dostawcy.
A potem przyszedł rok, w którym było dobrze, i nic nie zmieniłem.
Konkretnie: różnica między tym, co płacę, a tym, co bym płacił przy etatach, to przy dziewięciu osobach jakieś jedenaście tysięcy miesięcznie. Policzyłem to dwa razy, w 2022 i w tym roku.
Jeden z moich ludzi, Kamil, ma trzydzieści trzy lata i pracuje u mnie sześć lat. W marcu starał się o kredyt i nie dostał. Przyszedł do mnie i zapytał, czy jest szansa na etat. Powiedziałem, że "musimy zobaczyć po sezonie".
Po sezonie nic nie zrobiłem. On już nie zapytał drugi raz i zachowuje się normalnie, i to jest najgorsze.
Drugi, pan Henryk, ma pięćdziesiąt dziewięć lat i pracuje u mnie cztery. Jeśli coś mu się stanie na budowie, to on nie ma nic. Myślę o tym, kiedy on wchodzi na drabinę, i potem przestaję o tym myśleć.
Nie jestem bandytą. Płacę w terminie, co do dnia, zawsze. Daję zaliczki. Pożyczyłem jednemu na pogrzeb matki i nie oddał i nie upominam się.
Ale płacę w terminie człowiekowi, któremu odebrałem emeryturę.
Jest tu ktoś, kto przeszedł z tego na normalne umowy? Ile to naprawdę kosztowało i czy firma to wytrzymała? Potrzebuję liczb od kogoś, kto to zrobił, a nie kazania.
Komentarze