Jestem lekarzem weterynarii w nadzorze i podpisuję, że mięso jest zdatne, i chcę napisać, co widzę na linii.
Mam trzydzieści dziewięć lat. Pracuję w Inspekcji Weterynaryjnej od 2013 roku, większość czasu w nadzorze nad ubojnią drobiu i częściowo nad zakładem przetwórstwa.
Zacznę od tego, że ja nie jestem przeciwnikiem tej branży. Pracuję w niej dwanaście lat, jem mięso, i uważam, że nadzór w Polsce jest dużo lepszy, niż ludzie myślą. To, co opiszę, nie jest skandalem — to jest to, jak ta praca wygląda w rzeczywistości.
Liczby. Linia, którą nadzoruję, przetwarza około dziewięciu tysięcy sztuk na godzinę. Dziewięć tysięcy. Czyli dwie i pół sztuki na sekundę.
Moim zadaniem, w ramach badania poubojowego, jest ocena. I ja oczywiście nie oglądam każdej sztuki przez trzy sekundy, bo to arytmetycznie niemożliwe. System jest zbudowany inaczej: są punkty kontrolne, są wyznaczeni pracownicy przy linii, jest nadzór nad procesem, jest pobieranie prób i są wskaźniki.
I to jest sensowny system. Naprawdę. Ale to oznacza, że ja podpisuję ocenę partii, nie sztuki, i że moja ocena jest w dużej mierze oceną tego, jak dobrze działa zakład, a nie tego, co widziałem na własne oczy.
Teraz to, o czym chciałem napisać, i to jest coś, z czym nie wiem, co zrobić od dwunastu lat.
Dobrostan przy transporcie. Mój największy problem to nie jest mięso — mięso w tym zakładzie jest w porządku. Moim problemem jest to, co przyjeżdża.
Widzę transporty. Widzę, w jakim stanie przyjeżdżają ptaki, i mam narzędzia: mogę zgłosić, mogę opisać, mogę wnioskować o postępowanie wobec przewoźnika albo hodowcy. I robiłem to. Od 2013 roku zrobiłem to czternaście razy.
I wiem, co się stało w tych czternastu przypadkach. W ośmiu było postępowanie i jakaś konsekwencja finansowa. W sześciu nie było nic, bo dokumentacja była formalnie w porządku, a to, co widziałem, nie dało się wykazać inaczej niż moją notatką.
A transportów, przy których powinienem to zgłosić, było więcej niż czternaście.
Ile więcej, nie policzę. Ale wiem, dlaczego nie zgłaszałem każdego: bo każde zgłoszenie to kilka godzin pracy papierowej, bo mam jeszcze trzy inne obiekty, bo przy szóstym zgłoszeniu w tym samym kwartale rozmawia się ze mną o proporcjach, i bo w pewnym momencie człowiek zaczyna oszczędzać swoje zgłoszenia na te najgorsze.
To jest dokładnie ten mechanizm, w którym próg stopniowo rośnie. Ja to u siebie widzę i nie potrafię tego cofnąć. To, co w 2014 roku uznałbym za rażące, dziś jest "do przyjęcia", i nie zmieniłem poglądów, zmieniłem skalę.
Nie piszę tego, żeby ktoś przestał jeść kurczaka. Piszę, bo rozmowa o tej branży toczy się między ludźmi, którzy jej nie widzieli, i ludźmi, którzy na niej zarabiają, a ja jestem trzecią grupą: tą, która podpisuje. I chcę, żeby gdzieś było zapisane, że osoba podpisująca ma dwie i pół sztuki na sekundę i trzy inne obiekty.
Komentarze