Mam zakład stolarski, zatrudniam dwóch ludzi, i od dwóch lat przegrywam z meblami, których nikt nie naprawia.
Mam pięćdziesiąt jeden lat. Zakład po ojcu, od 1999 roku. Robię meble na wymiar — kuchnie, szafy, zabudowy — i do 2015 roku robiłem też naprawy i renowacje.
Liczby, bo o tym rzemiośle mówi się wyłącznie sentymentalnie.
Kuchnia na wymiar u mnie, z drewna klejonego albo z porządnej płyty, z moim montażem, to koszt dla klienta między dwadzieścia a czterdzieści tysięcy złotych w zależności od wielkości. Taka sama wielkościowo kuchnia z sieciowego salonu, z płyty, z montażem, kosztuje od dziewięciu tysięcy.
Ja nie mogę zrobić taniej. Nie ma takiej możliwości. Materiał mam droższy, bo kupuję w małych ilościach. Robocizna to ja i dwóch ludzi, i ja im płacę tyle, żeby nie poszli na budowę. I jedna kuchnia to u mnie trzy tygodnie pracy warsztatu.
I dlatego mój klient to jest, od jakichś dziesięciu lat, jedna grupa: ludzie, którzy chcą czegoś, czego nie ma w katalogu. Nietypowy wymiar, skos, stare mieszkanie z nierównymi ścianami, albo konkretny gatunek drewna. To jest dobra nisza i ja w niej jestem i mam robotę do marca.
A teraz to, co mnie boli, i to nie są pieniądze.
Przestałem robić naprawy, bo przestało się to kalkulować, i teraz tego żałuję.
Jak to wyglądało: w 2010 roku jeszcze przychodzili ludzie z krzesłem. Z jednym krzesłem. I ja takie krzesło kleiłem i czopowałem, dwie godziny, i brałem za to kwotę, która była dla nich sensowna, a dla mnie była małym, ale realnym pieniądzem.
Dziś człowiek, który przyjdzie z krzesłem, usłyszy ode mnie cenę i powie, że nowe krzesło kosztuje mniej. I będzie miał rację. I odejdzie, i wyrzuci to krzesło, i kupi nowe, które za cztery lata też wyrzuci.
Ja to rozumiem ekonomicznie w stu procentach. I jednocześnie, przez te piętnaście lat, patrzyłem, jak zanika cała kategoria rzeczy: meble, które się naprawia. Mój ojciec w 1985 roku żył z napraw. Z napraw, nie z nowych kuchni.
A rzecz, której nie powiedziałem nikomu.
W zeszłym roku przyszła do mnie kobieta ze stołem. Stół z lat trzydziestych, po babci, z odklejonym blatem i jedną nogą. Wyceniłem: tysiąc osiemset. Powiedziała, że to dla niej bardzo dużo i że się zastanowi. Wyszła.
I ja wiedziałem, co zrobi, bo widziałem to sto razy.
Wróciła po dwóch tygodniach i powiedziała, żebym robił. I ja ten stół robiłem jedenaście dni, nie trzy, jak policzyłem, bo wszedłem w niego głębiej, niż trzeba było — zrobiłem nowe czopy, wyrównałem blat, dobrałem olej. I wziąłem od niej te tysiąc osiemset, nie więcej.
Czyli na tym stole straciłem jakieś cztery tysiące. I zrobiłem to świadomie, i nie powiedziałem o tym ani jej, ani moim pracownikom, bo to nie jest decyzja biznesowa i wstydziłbym się jej przed człowiekiem, któremu płacę pensję.
Zrobiłem to, bo chciałem jeszcze raz w życiu zrobić taki stół.
Komentarze